AKTUALIA

Polacy zabijają (przesłanie) Franciszka | Karol Wilczyński

Wcześniej mówiło się o "kremówkowaniu" Jana Pawła II. Dziś również zabijamy przesłanie papieża. Mamy na to, jako Polacy, kilka świetnych sposobów. A on naprawdę chce nam powiedzieć więcej niż tylko o rozwiązaniach ws. uchodźców czy komunii dla rozwodników.

 

Bardzo łatwo przychodzi nam dotykanie powierzchownej warstwy naszej religii. Z doświadczenia wiem, że wymyśliliśmy sporo sposobów na to, jak "zabić", tj. złagodzić i odrzucić to, co papież i ogólnie Kościół próbują nam przekazać.

 

Przykładem mogą być spotkania rodzinne podczas rozmaitych chrześcijańskich świąt. Wydaje się, że mamy coraz więcej problemów z autentycznym ich przeżywaniem. Po "zaliczonym" kościele siadamy wprawdzie razem do obiadu, ale ograniczamy życzenia i rytuały do minimum. Podejrzewam, że wielu czytelników doświadczyło tego, że spotkania z rodziną czy przyjaciółmi były zdominowane przez dyskusje światopoglądowe czy polityczne.

 

Nie mówię, że nie trzeba dyskutować. Ale nie pozwólmy, by te polemiki stały się sednem i jedynym autentycznie przeżytym elementem rozmaitych spotkań. Bo bardzo często polityka jest jedynie ucieczką, udaną próbą zabicia tematów o wiele bliższych naszym codziennym doświadczeniom.

 

Tego typu dyskusje siłą rzeczy redukują też przekaz Kościoła i papieża do kwestii światopoglądowych. Tym samym "za dużo" mówiący i piszący papież Franciszek spotyka się z ostrą krytyką ze strony wielu wiernych - świeckich i duchownych. Światopoglądowe i polityczne spory zabiły naszą wrażliwość i chęć dokonania pogłębionej refleksji. Choć początkowo stają się tematem zastępczym, po jakimś czasie zaczynają stanowić sens naszych działań.

 

Widać to na przykładzie potraktowania adhortacji Amoris Laetitia. Z jednej strony pojawiły się entuzjastyczne głosy, że "o tu, tu właśnie w punkcie 351. papież zmienił nauczanie Kościoła". Że "zezwolił rozwodnikom przystępować do komunii". Że rewolucja doktrynalna…

 

Z drugiej strony pojawiły się entuzjastyczne głosy, że "nie! Franciszek nie mówi tylko o miłości do innych. Że "w punkcie 343. papież wreszcie potępił związki gejowskie". I że "to wreszcie jasna deklaracja, która daje możliwość ogłoszenia moralnego zwycięstwa chrześcijańskiej cywilizacji". "Rzym wraca do korzeni!"

 

To nie wszystko. W oparciu o interpretacje polityczno-światopoglądowe pojawiły się również głosy krytyczne: z jednej strony, że papież nie wyraził się wystarczająco jasno, że uciekł od problemu. A z drugiej - że Franciszek znów pokazał swoją lewicową stronę.

 

Mam silne przekonanie, że te głosy niewiele się od siebie różnią, gubiąc zasadniczą treść papieskiego przesłania. Dlaczego tak łatwo przychodzi nam redukowanie przekazu papieża do kwestii światopoglądowych czy prawnych? Nie o to przecież chodzi - ani w adhortacji, ani w całej "rewolucji czułości", którą Franciszek podbija cały świat.

 

Jak słusznie zauważyli komentatorzy, kwestie światopoglądowe zostały w ostatnim dokumencie odsunięte na bok - adhortacja ma zdecydowanie duszpasterski charakter. Pytania o to, czy geje mogą zawierać związki małżeńskie, a rozwodnicy przystępować do komunii świętej, są tak naprawdę problemem pobocznym. Wynika to z podstawowego elementu Franciszkowej rewolucji czułości - próby pokazania, jak ważne jest skupienie na konkretnych osobach, nie ideach czy normach moralnych. Że prawo i doktrynę odkryjemy wtedy, gdy zaczniemy nią żyć (np. poprzez praktykę miłosierdzia).

 

Trzeba powiedzieć jasno, że Franciszek jest w tym bardzo katolicki. Jednym z podstawowych elementów sposobu myślenia i działania dla katolików jest spoglądanie na konkretną sytuację, konkretną osobę bez podejmowania ogólnych ocen.

 

W tym duchu rozumiem też licznie powtarzające się słowa papieża z adhortacji:


- "[…] duszpasterz nie może czuć się zadowolony, stosując jedynie prawa moralne wobec osób żyjących w sytuacjach «nieregularnych», jakby były kamieniami, które rzuca się w życie osób" (p. 305);


- "[…] w Kościele konieczna jest jedność doktryny i działania, ale to nie przeszkadza, by istniały różne sposoby interpretowania pewnych aspektów nauczania lub niektórych wynikających z niego konsekwencji. Będzie się tak działo, aż Duch nie doprowadzi nas do całej prawdy (por. J 16,13), to znaczy kiedy wprowadzi nas w pełni w tajemnicę Chrystusa i będziemy mogli widzieć wszystko Jego spojrzeniem. Poza tym, w każdym kraju lub regionie można szukać rozwiązań bardziej związanych z inkulturacją, wrażliwych na tradycje i na wyzwania lokalne" (p. 3);


- "Nikt nie może być potępiony na zawsze, bo to nie jest logika Ewangelii! Nie mam na myśli tylko rozwiedzionych, żyjących w nowych związkach, ale wszystkich niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdują. Oczywiście, jeśli ktoś afiszuje się z obiektywnym grzechem tak, jakby był częścią ideału chrześcijańskiego, czy chciałby narzucić coś innego od tego, czego naucza Kościół, to nie może domagać się, by uczyć katechizmu czy przepowiadać, i w tym sensie istnieje coś, co go oddziela od wspólnoty (por. Mt 18,17). Musi na nowo usłyszeć Ewangelię i wezwanie do nawrócenia. Nawet jednak dla takiej osoby może istnieć jakiś sposób uczestniczenia w życiu wspólnoty: w pracy socjalnej, w spotkaniach modlitewnych lub w tym, co może sugerować jego osobista inicjatywa wraz z rozeznaniem duszpasterza" (p. 295).

 

Podobnych punktów można byłoby znaleźć o wiele więcej. Papieżowi nie chodzi o prawo czy dogmaty. Chodzi o to, by traktować każdego spotkanego człowieka z należytą mu godnością. Traktować go jak dziecko tego samego Boga, które nasz Ojciec powołał do istnienia. Ojciec, który je kocha i chce, by ona lub on żył. Niezależnie, czy jest uchodźcą, migrantką, przestępcą, więźniem, muzułmanką, lewakiem, faszystą itd.

 

Ani Bóg, ani najprawdopodobniej żaden człowiek nie chce grzechu. Nie chce błędu. I ani grzech, ani błąd nie jest człowiekiem. Dlatego trzeba pamiętać, że, walcząc z błędem czy grzechem, nie możemy wpadać w pokusę, by uderzać w człowieka.

 

Zresztą, podkreślanie grzechu przez papieża związane jest z jego wizją miłosierdzia. Miłosierdzie nie jest przecież przykryciem grzechu, ale dowodem, że on istnieje - każdy grzeszy, każdy potrzebuje miłosierdzia. Tę prostą prawdę można wręcz uznać za motto obecnego pontyfikatu.

 

Na czym dla mnie polega to miłosierdzie? Na pewno nie na tym, że podchodzę do grzesznika (lewaka, faszysty, muzułmanki, uchodźczyni - wpisz, co chcesz, z kim się najbardziej nie zgadzasz) i wyjaśniam mu, na czym polega jego grzech i błąd. To wcale nie doprowadzi do tego, by dana osoba swój błąd naprawiła, "nawróciła się".

 

Być może jesteśmy sceptyczni wobec rozwiązań papieża, obawiamy się jego gestów i apeli. Bardzo łatwo byłoby nam przyjąć, że ocena i słowne wytłumaczenie błędu doprowadzą do nawrócenia grzesznika. Ale to nigdy nie wystarczy. Podczas spotkania z argentyńskim Caritasem w 2009 roku kard. Bergoglio stwierdził, że, pracując z ubogimi, przyjmując ich punkt widzenia, "zmienia się też twój styl życia. Nie stać cię już na luksusy, do których się przyzwyczaiłeś…". Aby wyrwać ubogiego z biedy lub grzesznika z błędu, trzeba się pobrudzić.

 

Papież spogląda na człowieka bardziej całościowo. Wykracza poza partykularne interesy czy obyczaje chrześcijan żyjących w Polsce czy Europie. Widzi, że gdy jedna z naszych sióstr lub jeden z naszych braci cierpi, to dotyka nas to wszystkich. I dlatego nie można ignorować cierpienia innych.

 

Sądzę, że Franciszek chce, by to cierpienie - migrantów, więźniów, rozwiedzionych i żyjących w ponownych związkach, muzułmanów, dzieci z rozbitych rodzin, nieuczciwie opłacanych robotników, prześladowanych chrześcijan - rozgrzało nasze serca na nowo. Poruszyło nasze "zabójcze" często schematy. Nie pozwoliło nam redukować sytuacji osób z krwi i kości do sporów ideologicznych czy światopoglądowych.

 

Czy mu się to uda?