AKTUALIA

Pierwsze prawo magii, czyli dlaczego według T. Goodkinda wierzymy kłamstwom? Drugie prawo magii: Najlepsze intencje mogą spowodować największe szkody. PAWEŁ TAŁAJCZYK

Tekst jest pierwszym z serii artykułów poświęconych twórczości Terry’ego Goodkinda − pisarza fantasy i zdeklarowanego zwolennika filozofii obiektywizmu.

 

Cytat:

"− Pierwsze prawo magii: ludzie są głupi […] podaj im odpowiednie wytłumaczenie, a niemal we wszystko uwierzą. Są głupi, więc uwierzą w kłamstwo, bo chcą, żeby to była prawda, lub dlatego, że się obawiają, iż to może być prawda. Mają w głowach mnóstwo wiadomości, faktów, przekonań – przeważnie fałszywych, ale uważają, że to wszystko prawda. Ludzie są głupi. Rzadko widzą różnicę między kłamstwem a prawdą, lecz wierzą, że zawsze odróżniają jedno od drugiego, więc tym łatwiej ich oszukać. […] Ludzie potrzebują wroga, żeby się zjednoczyć we wspólnym celu. A wtedy łatwiej nimi kierować. Poczucie wspólnego celu jest o wiele ważniejsze niż prawda. W gruncie rzeczy prawda nie ma z tym nic wspólnego. Jeśli się boisz, że coś może się okazać prawdą, to znaczy, że dopuszczasz taką możliwość. A dopuszczenie możliwości czegoś to pierwszy krok do uwierzenia w to."

 

Cytat jest długi, lecz specjalnie dobrałem taki, który w jak największym stopniu odzwierciedla istotę pierwszego prawa magii, pochodzącego z książki o tym samym tytule, rozpoczynającej cykl „Miecz Prawdy”.  Jest ono ciekawym wyjaśnieniem, dlaczego nawet racjonalni ludzie mogą wierzyć w kłamstwa. Wyjaśnienie  na pozór proste: wierzymy w kłamstwa, bo albo chcemy, żeby to była prawda, albo boimy się, że to może być prawda. Jednak kryje się za tym coś więcej, ale o tym napiszę poniżej.

 

Kłamstwa mogą pochodzić nie tylko z zewnątrz. Są nimi także wszelkie próby zafałszowania rzeczywistości przez nas samych. Nikt nie oszukuje sam siebie dla samego faktu oszukiwania.  Pierwsze prawo magii tłumaczy, dlaczego przyjmujemy fałsz za prawdę.

 

Jednym z uzasadnień jest chęć, aby coś było prawdą.  Wystarczy ludzka niestaranność, aby pominąć jakieś aspekty, które – choć z pozoru nieistotne – mogą zetrzeć w proch naszą wizję rzeczywistości. Ten przykład dotyczy kłamstw, które stwarzamy sobie sami.  I wcale nie muszą być to oszustwa świadome, stworzone w celu zachowania spokoju. Mogą to być także przekonania, w których żyliśmy od dawna. Zakorzenione w naszym umyśle od lat, wykrzywiają nasze postrzeganie świata. Przekonania te tworzą indywidualny filtr, przez który (niekoniecznie świadomie) człowiek interpretuje obserwowane wydarzenia.

 

Ciekawym przypadkiem jest  sytuacja zmiany poglądów danej osoby na jakiś temat; są tutaj dwie możliwości. Pierwsza to nabycie dodatkowej wiedzy w temacie, w którym nie mieliśmy wcześniej własnych przekonań. Druga  to otrzymanie informacji sprzecznej z naszymi dotychczasowymi przekonaniami. Druga z sytuacji ma zazwyczaj burzliwy charakter. Nie jest czymś odkrywczym stwierdzenie, że zmiana poglądów na daną kwestię odbywa się stopniowo. Pomijając konieczność zrozumienia i przyswojenia argumentów, musi zajść także proces zżycia się z nowo odkrytą prawdą. Owemu oswojeniu się z nową prawdą niemal zawsze towarzyszy emocjonalne starcie z świadomością, że wcześniej dobrowolnie tkwiliśmy w błędzie. Starcie to może być tak gwałtowne, że zdecydujemy się nasz światopogląd podporządkować naszemu ego.  

Nowo poznana prawda nie musi koniecznie zaburzać  naszego wewnętrznego poczucia własnej wartości, lecz mimo to nie przyjmiemy jej ze względu na to, że  byłaby ona dla nas zwyczajnie niewygodna.

 

Powyższe rozważania dotyczą sytuacji, w których prawda jest jasno weryfikowalna. Sytuacje takie dotyczą np. praw natury bądź faktów minionych. Gorzej jest w sytuacjach, w których rozstrzygnięcie problemu nie jest oczywiste i nie da się go przedstawić w postaci zero-jedynkowej. Przykładem takich sytuacji mogą być kwestie społeczne. Nie podlegają one bezpośrednio prawom logiki,  działanie w społeczeństwie w dużej mierze opiera się na spekulacjach, a wiedza, która nie podlega ścisłej weryfikacji, może być znacznie sprawniej zmanipulowana, ze względu na wspomniany problem z bezpośrednim dowodzeniem.

 

Powyżej przedstawione zostało działanie owej magicznej reguły w nietypowy (względem przedstawionego w książce) sposób. Czas jednak przejść do typowo rozumianego kłamstwa – świadomego wprowadzania nas w błąd przez drugą osobę.

 

Goodkind przedstawił to w następujący sposób: Miecz Prawdy, magiczna broń stosowana przez Poszukiwaczy Prawdy, ma niezwykły sposób działania. Gdy posługujący się nim (nazywany dalej Poszukiwaczem Prawdy) jest całkowicie pewny racji swoich działań, oręż jest w stanie zniszczyć wszystko. Jednak jeśli w umyśle poszukiwacza pojawi się choćby cień zwątpienia − nie jest w stanie drasnąć celu. Dlatego dzierżący miecz musi mieć absolutną pewność swoich przekonań. Wyznaczony do roli poszukiwacza Richard Cypher staje przed zadaniem  rozeznania właściwej drogi i rozsupłania prawdy z węzłów fałszu. Jego główny przeciwnik − Rahl Posępny − umieszcza go w takim labiryncie myślowym.

 

Owym pierwszym prawem Rahl posługuje się przez cały pierwszy tom. Pokazał ludziom wspólnego wroga, przeciwko któremu mogli się zjednoczyć. Zdobywali dla niego nowe tereny,  a on sam w tym czasie mógł spokojnie i niepostrzeżenie realizować własne cele. Nie miało znaczenia, że cel przedstawiony przez Rahla ludziom był fałszywy.  Nie dbali o prawdę. Ważne, że mieli motywację do wspólnej walki.

 

Choć wszyscy ludzie dysponują rozumem, nie zawsze z niego korzystają. Bezmyślność jest łatwiejsza, choćby i dlatego, że myślenie również jest jakąś czynnością, wysiłkiem; podejmując się go, możemy trafić na prawdę, która nie zawsze jest nam przyjazna. Strach przed rzeczywistością niezgodną z naszymi oczekiwaniami może powodować wewnętrzne wyjaśnienia, których ogólny zarys można sformułować według wzoru: nie, to na pewno nie tak, tak naprawdę jest zupełnie inaczej.

 

Ale równie dobrze może się trafić ktoś, kto nas oswoi z takim myśleniem. Da nam to, czego chcieliśmy − potwierdzenie, że jest ktoś inny, kto też tak uważa. Da poczucie złudnego komfortu. Odsunie od rzeczywistości i przygarnie ciepło w świat fałszu − ten, w którym fakty nagięte są do naszych potrzeb, ten przytulny świat. Taka osoba szepcząca słodkie kłamstwa może być kluczowa przy zmiękczaniu umysłu. Nawet, jeśli ktoś nie jest całkowicie pewny jakiejś racji, zawsze może się znaleźć inna osoba, która umiejętnie zrobi wrażenie osoby pewnej takich przekonań. I będzie w stanie przekonać swoją ofiarę, podając elementy pasujące do jej układanki. Chwiejna osoba staje się łatwym celem. A kiedy widzi stwierdzenia pozornie pasujące do własnej wizji,  kłamstwo stanie się już dla niej prawdą.

 

Percepcja staje się wszystkim. Największe znaczenie ma fakt, że komuś się coś wydaje − to jest motyw jego działań. Na zasadzie percepcji opiera się także magia miecza − nie ma znaczenia, czy obiekt ataku jest elementem zła; ważny jest natomiast pogląd dzierżącej go osoby.

 

Przekonanie o słuszności danego czynu czyni oprawcę jeszcze bardziej niebezpiecznym. Jeśli uważa, że jego ofiara zasłużyła na śmierć, będzie potrafił być bardziej bezlitosny. Dobrym przykładem są choćby terroryści i bojówkarze islamscy. Podobnie jak i w prawdziwym świecie, tak i w książce mamy do czynienia z bojówkami. Bojówki to specjalne oddziały składające się z czterech żołnierzy, nasyłane przez Rahla Posępnego w celu wyniszczenia spowiedniczek, jedynego realnego ruchu oporu. Wykorzystując percepcję, Rahl zjednał sobie ludzi. Zdobywał miasta bez walki; wkraczały do nich jego oddziały zwane Ludową Armią Pokoju. Ludność na ich cześć rzucała kwiaty i mordowała tych, którzy tego nie robili; same wojska nie robiły nic w tej sprawie.

 

Pierwsze prawo magii było również tym, co obróciło się przeciw Rahlowi Posępnemu. Był tak pewny swojej wygranej, że zignorował swojego przeciwnika. Nie chcąc zdradzać zbytnio fabuły, zawrę tu jedynie informację, że Richard posiadał wiedzę potrzebną Rahlowi do realizacji jego planu (i był jedyną osobą dysponującą taką wiedzą). Rahl był też święcie przekonany, że tamten został magią zmuszony do mówienia prawdy. Rzeczywistość jednak okazała się dużo bardziej przewrotna.

 

A jak ochronić się przed działaniem pierwszego prawa? Cały problem polega na tym, że nie da się przed nim w pełni ochronić.    

„Cały sekret polega na tym, że nie ma żadnej ochrony. Muszę być zawsze czujny, zawsze pamiętać, że również ja jestem na to podatny i nigdy nie wolno mi arogancko zakładać, iż mnie to nie dotyczy. Nieustannie muszę pamiętać, że także ja mogę zostać ofiarą”.

 

Największa pułapka, w jaką wpadł Rahl, polegała na ślepej wierze we własną nieomylność. Wiarę w to, że nikt nie jest w stanie go oszukać, że tylko on potrafi ludziom dyktować zasady. Nie będzie błędem stwierdzenie, że − odrzucając możliwość bycia oszukanym przez kogokolwiek − człowiek pada ofiarą samego siebie (o działaniu prawa względem samego siebie wspominałem już na początku artykułu). Świadomość, że w każdej chwili możemy paść ofiarą kłamstwa, jest tu kluczowa.  Część pierwsza owego prawa wskazuję siłę myślenia życzeniowego, bo jako motywację wskazuje pragnienie, aby coś było prawdą. I niezależnie od tego, w jaki pesymizm się popadnie, zakładając zawsze opcję najgorszą z możliwych, nie zapewni nam to jeszcze ochrony przed drugą motywacją: strachem. Możemy ot tak, na wszelki wypadek, przyjąć, że zakładamy tę gorszą opcję. Efekty takiej decyzji będą oczywiście zależne od realiów i skali zjawiska, z którym mamy do czynienia. Jednak przeciwna strona może w ten sposób przekonać nas do wycofania się z działania, co z kolei da jej większe pole manewru, a również nasza bierność może nieść za sobą negatywne skutki. Oprócz udzielenia biernego przyzwolenia na rozprzestrzenianie się zła, motywowani strachem możemy też wpaść w pułapkę polegającą na czynieniu tzw. mniejszego zła. Ale nadal będzie to zło, ponieważ np. polityk będzie nas zwodził, że jeśli nie będziemy robić tak-a-tak, to czeka nas katastrofa. W podobny sposób Rahl Posępny próbował mamić Richarda.

 

Goodkind niejednokrotnie stosował podobne iluzje, pokazując przy tym uleganie ułudzie. Nasi bohaterowie, wędrując przy granicy zaświatów, niejednokrotnie byli wzywani przez martwych podających się za duchy bliskich im osób, powodując w nich radość ze spotkania z wytęsknionymi osobami i odciągając od ich misji w świecie życia. Jedynie dzięki resztkom woli udawało im się wyzwolić z sideł projekcji własnych pragnień. Gdy pewna wiedźma przybrała postać matki Richarda, przed uwierzeniem w jej realność uratował go jedynie trzeźwy osąd − świadomość, że ona już od dawna nie żyje.

 

Dodatkowym problemem utrudniającym rozdzielenie prawdy od fałszu jest czas. Osądu musimy przecież dokonać w jakimś odcinku czasu. Ale w świecie rzeczywistym czasu nie zawsze starcza na racjonalny wybór. Presja jest dodatkowym czynnikiem ogłupiającym.

 

Tym, co warunkuje cele działania, jest percepcja. Nikt nie działa w oderwaniu od własnych przekonań. Te jednak nie zawsze są zgodne z rzeczywistością. Zaczynając od tego, że każdy inaczej interpretuje sytuacje: przez filtr własnych wspomnień, doświadczeń czy nawet zwracając uwagę na inne aspekty, nawet dwie racjonalne osoby mogą dokonać odmiennych wyborów. Punkt widzenia świata kształtowany jest nawet przez profil zainteresowań. Punkt widzenia może być kruchy. Skażony przez wprowadzenie do umysłu fałszywych treści. Dlatego tak ważne jest, aby umysł był przenikliwy. Aby być czujnym i analizować docierające do nas treści. Dlatego bądźmy rozważni, kiedy dokonujemy zakupów, uważajmy na chwyty marketingowe. Bądźmy rozważni, gdy polityk podejmuje szkodliwe działania i tłumaczy nam, że w przeciwnym wypadku byłoby jeszcze gorzej. Mając do czynienia ze wszelkiej maści politykami, sektami czy różnego rodzaju handlarzami próbującymi wcisnąć nam swój produkt, miejmy na uwadze, czy kierowane przez nich treści nie są tworzone specjalnie pod nas. Tak, aby umysł, słysząc magiczne treści, ostudził się na chwilę i przemyślał… czy one nie są takie wspaniałe, melodyjne właśnie po to, żebyśmy je przyjmowali.

Miejmy czujny umysł. Bądźmy mądrzy i odważni.

Nie bójmy się walczyć o prawdę.

 

 

Tekst jest drugim z serii artykułów poświęconych twórczości Terry’ego Goodkinda − pisarza fantasy i zdeklarowanego zwolennika filozofii obiektywizmu.

Cytat:

"− Drugie prawo mówi, iż najlepsze intencje mogą spowodować największe szkody. To brzmi paradoksalnie, lecz dobre serce i zamiary mogą zdradziecko doprowadzić do zguby. Czasami to, co się wydaje właściwe, jest w istocie złe i może wyrządzić krzywdę. Jedyna ochrona to wiedza, mądrość, przezorność i zrozumienie pierwszego prawa. Ale i to nie zawsze wystarcza.

 

− Dobre intencje czy też słuszny postępek mogą spowodować  szkody? Podaj mi jakiś przykład. […]

− No to powiedzmy, że ktoś zrani się w nogi, a ty będziesz mu przynosił pożywienie, kiedy będzie leczył rany. Ale po jakimś czasie ta osoba nadal nie będzie chciała wstawać, bo to początkowo sprawia  ból. A ty w dalszym ciągu, z dobrego serca, będziesz przynosił jedzenie. Z czasem nogi tego kogoś osłabną jeszcze bardziej i stawanie będzie coraz boleśniejsze. Ty z dobrego serca nadal będziesz dostarczał pożywienie. No i na koniec, przez twoje dobre serce, taka osoba zostanie przykuta do łóżka i już nigdy nie będzie mogła chodzić. Twoje dobre zamiary wyrządziły szkodę.

 

− Nie sądzę, żeby to się zdarzało aż tak często, by stanowiło problem.

− Staram się podawać jasne przykłady, Richardzie, byś łatwiej przeszedł do poważniejszych spraw i zrozumiał niejasną zasadę. Dobre intencje, uprzejmość, mogą zachęcić lenia do próżniactwa oraz skłonić bystre umysły do indolencji. Im bardziej  im pomagasz, tym więcej potrzebują pomocy. Dopóki nie postawisz tam swojej dobroci, dopóty nie nauczą się dyscypliny i samodzielności, nie odzyskają godności. Twoja dobroć wypacza im charakter. Jeżeli dasz żebrakowi monetę, bo twierdzi, że jego rodzina głoduje, a on się upije i zabije kogoś, czy ponosisz winę za jego czyn? Nie. To on zabił. Lecz gdybyś mu dał  żywność zamiast monety albo nakarmił jego rodzinę, to nigdy nie doszłoby do zabójstwa. Dobra intencja wyrządziła krzywdę. Drugie prawo magii mówi: najlepsze intencje mogą spowodować największe szkody. Pogwałcenie tego prawa może skutkować dolegliwością, nieszczęściem, a nawet i śmiercią. Niektórzy przywódcy głosili pokój, głosząc, że nawet samoobrona jest czymś złym. Wydawałoby się, iż to najlepsza droga do unikania przemocy. A tymczasem doprowadza to często do rzezi w wypadkach, w których natychmiastowe zagrożenie przemocą mogłoby zapobiec atakowi i użyciu siły. Tacy ludzie stawiali swoje dobre zamiary ponad faktycznymi wymaganiami życia. Oskarżali wojowników o krwiożerczość, gdy tymczasem to właśnie wojownicy mogli byli zapobiec rozlewowi krwi."

 

W moim poprzednim artykule pisałem o powodach, dla których wierzymy kłamstwom. Poruszyłem aspekt czasu: jeśli mamy go niewiele, zmusza nas to do szybkiego podjęcia decyzji, a to z kolei obniża jej racjonalność. W tym wypadku owładnięci strachem możemy podjąć niewłaściwą decyzję − z obawy, że brak decyzji będzie jeszcze gorszy. Jeśli odrzucimy założenie, że wierzymy kłamstwom, ponieważ sami chcemy być oszukanymi, to nasuwa się myśl, że wpływ takiego kłamstwa na stan naszej wiedzy jest pozytywny, a zatem zyskujemy na tym jakieś dobra niematerialne. W takim razie dajemy się oszukać, a jesteśmy dobrej myśli. Stąd już tylko krok dzieli nas od sformułowania drugiego prawa magii: najlepsze intencje mogą spowodować największe szkody.

 

Prawo to jest kolejnym przykładem prób naginania rzeczywistości pod swoje potrzeby, a zarazem przestrogą dla tych, którzy chcą naprawiać sytuację, choć nie znają jej fundamentów. Ileż to razy można usłyszeć słowa pokroju „nie udało się… ale przecież chciałem dobrze!”, co dla niektórych stanowi już moralne uzasadnienie takich czynów. Czasami ludzie działają w poczuciu, że szlachetny cel, o który walczą, stanowi usprawiedliwienie dla złych posunięć − czy raczej zaślepia ich do tego stopnia, że przestają zważać na to, co czynią.

 

W artykule o pierwszym prawie zaznaczyłem, że percepcja warunkuje nasze działania. Ponieważ działamy w jakimś celu, możemy wyróżnić drugi aspekt działań – intencje. Jedno i drugie są jak dwa końce kija − nierozerwalnie ze sobą  związane. Oba powstają w naszym umyśle. Dokonując czynów po coś, dokonujemy ich na podstawie jakichś motywacji, które są efektem indywidualnego odbioru rzeczywistości.

 

Byłem kiedyś na prowadzonej przez architekta prezentacji dotyczącej prawidłowego budowania relacji: społecznych, małżeńskich, rodzinnych. Korzystając z doświadczenia zawodowego, porównał ten temat do budowy domu. Jest wiele sposobów, żeby wybudować dom, który się zawali; lecz taki, który będzie stał bezpiecznie, musi zostać wykonany solidnie i precyzyjnie, a wszystkim powinna kierować profesjonalna ręka, która wie, co robić, a czego nie robić. Tutaj możliwości do wyboru jest już znacznie mniej i podlegają one bardziej rygorystycznym zasadom. Nie każdy z nas jest architektem, ale każdy odgrywa we własnym życiu najważniejszą rolę − rolę gracza z perspektywy pierwszej osoby. Nie tylko odbiorcy i  interpretatora, lecz także wykonawcy. Każdy jest odpowiedzialny za własne decyzje. Jeśli poniesiemy porażkę, to spowodowana przez nas klęska jest efektem właśnie naszych działań. Skutki istnieją niezależnie od tego, jakich rezultatów się wcześniej oczekiwało. Żadne dobre chęci nie stanowią powodu, aby plan się powiódł.

 

Prawo to można rozszerzyć i dojść do wniosku, że intencje nie mają bezpośredniego związku ze skutkami. Bezpośredniego, bo kiedy oddziałują na percepcję, wpływają na nasze działania, które jednak nie zawsze są słuszne.

Przykłady niezależności efektów od chęci mogą być pozytywne. Ktoś może nieświadomie dokonać czegoś dobrego, wcale do tego nie dążąc. Niekoniecznie oznacza to, że nie chciał dobra, ale że przy okazji wyszły z tego nieoczekiwane wcześniej dobra. Jeśli jakaś firma osiąga ogromne sukcesy w skali całego świata, wcale nie oznacza to, że prowadzący ją przedsiębiorca przewidywał to kilkadziesiąt lat wcześniej. Artysta kształtujący swoje talenty niekoniecznie zmierza do tego, żeby w przyszłości stać się wielką sławą. Wprawdzie działa w tych przykładach jakiś motor napędowy w tym kierunku (pasja, ciekawość), lecz mam na myśli przypadki, kiedy rezultaty przekraczają oczekiwania. A rezultaty mogą się również pojawiać wbrew oczekiwaniom bądź bez nich. Jednakże w wypadku braku jakichkolwiek działań w ich stronę możemy mówić o zwykłym szczęściu, a tego nie możemy go kontrolować. Można się cieszyć, że coś się akurat udało, ale nie można się tym sugerować na przyszłość − byłoby to bowiem uzależnianie swojego losu od przypadku. Działanie powinno się opierać na rozumnych przemyśleniach.

 

Na przeciwległym biegunie można stworzyć sytuację, gdy ktoś został „wepchnięty” wbrew swoim oczekiwaniom bądź bez żadnych oczekiwań w wir nieprzyjaznych sytuacji, innymi słowy − miał pecha. Specyfiki dodaje fakt, że nawet z zaistniałych wyników trzeba wyciągnąć jakieś wnioski na przyszłość, a osoba, która nie zainicjowała wydarzeń, w centrum których się znalazła, nadal pozostaje podmiotem gry, co za tym idzie − i tak musi podejmować decyzje. A te bywają różne. Najrozsądniejszym jest podjęcie się trudu dalszego życia ze świadomością, że: z jednej strony nie zapoczątkowało się takiego biegu wydarzeń, co pozwala wyzbyć się poczucia winy

z drugiej strony nie zmienia to faktu, że podlega się tym wydarzeniom, więc brak winy nie zwalnia z obowiązku racjonalnego postępowania.

 

Powyższe postanowienia są konieczne, aby przynajmniej podjąć próbę polepszenia zastanej sytuacji. W przeciwnym wypadku trzeba liczyć na łut szczęścia, lecz jest to również przyzwolenie na negatywny obrót wydarzeń. Stanowi to więc potencjalny akt kapitulacji.